Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia. Pokaż wszystkie posty

25 lipca 2015

Ach ta zazdrość!


Texasek, jak przystało na krwiożerczą bestię, nigdy nie lubił wegetariańskich potraw. Przyznam się, że zaniedbałam kwestię urozmaicania karmy, ponieważ staram się unikać spędzania czasu w kuchni ;) Niestety bez mięska podanie jakiegokolwiek owocu/warzywa było niemożliwe, bo po obwąchaniu i memłaniu zyskiwało status niejadalnego. Dosyć dziwne, gdyż wszystko co leży na dworze jest absolutnie bardzo jadalne...
Nie tak dawno przedstawiłam niepsią część zwierzyńca, czyli ogonki. Oczywiście u mnie nikt nie może jedynie leżeć i pachnieć(śmierdzieć), więc staram się skłonić dziewczyny do współpracy. I tutaj pojawia się Texaskowa rozpacz, bo przecież już porzucony na zawsze i nikt go nie kocha. Na szczęście Tex, aż tak bardzo się nie narzuca, żebym miała z nim problem, ale skoro jest tak ochoczo nastawiony to czemu tego nie wykorzystać.
Obleśne marchewki, jabłka i inne takie nagle stały się bardzo cenną nagrodą, wystarczyło trochę konkurencji. Co więcej karma dla szczurów też jest bardzo smaczna :P

•  •  •

Na blogu nie pochwaliłam się jeszcze wynikiem RTG bioder, które potwierdziło zdrowe stawy! Niestety okazało się, że w jednym kolanie Tex ma zwyrodnienie trzeszczki, najprawdopodobniej spowodowane urazem. Nie wiem kiedy mogło do tego dojść, bo nie odnotowałam silniejszego kulenia na tą łapę. Na razie jest wszytko w porządku, także nie martwimy się.

4 lipca 2015

Kółeczka


Drugi post z serii nieidealne życie z borderem. Trochę żałuję, że nie opisywałam różnych problemów ze szczeniakiem na bieżąco, chociaż coraz bardziej czuję, że zdecydowanie bardziej lubię pisać o kwestiach definitywnie rozwiązanych.
Texas przez całe swoje życie nie miał jakiegoś zasadniczego etapu braku przywołania, nawet jeśli widział, że drugi pies ucieka w swój świat. Wiadomo, że tą umiejętność umacniamy nawet teraz, nigdy nie powiem, że jestem w 100% pewna reakcji psa, bo... to pies ;) Texas jest typem, który mając możliwość oszukania mnie to na pewno wykorzysta każdą okazję, ale nigdy nie narzekałam na problemy z przywołaniem, a teraz jestem na prawdę pod wrażeniem w jakich sytuacjach mogę zawrócić psa. O samym przywołaniu w internecie można znaleźć już wystarczająco wiele i nie widzę sensu rozpisywania się na ten temat, więc na czym polegał nasz problem? Otóż Texas pomimo, że odwołał się od pieska/żarcia/wody/kwiatka biegnąc prosto do mnie... nagle robił zakręt i zaczynało się bieganie w kółko... Owszem nie uciekał, nie zwracał uwagi na otoczenie to była jedynie zabawa ze mną, chociaż to złe określenie tego zachowania. Wydaje mi się, że głównym powodem rozwinięcia się 'schizy' była obawa przed zapięciem na smycz/powrotem do domu. Niestety, ale znowu pozwoliłam problemowi się rozrosnąć i w taki sposób straciliśmy też aport. Wabienie jedzeniem, zabawkami lub robienie sztuczek wymagających podejścia do mnie szybko przestało działać. Nie pomagało po dobroci, ani groźbą. Nigdy go nie karałam po złapaniu w obawie, że następnym razem będziemy sobie biegać w kółko do upadłego.


Przełomem było wyegzekwowanie siadania i zostawania, aż podejdę i nagrodzę lub zapnę na smycz (mimo wszystko starałam się nie kojarzyć tego zatrzymania ze smyczą). Tutaj się kłania niestety utrata pamięci, więc nie chce skłamać jak do tego doszliśmy. Ten etap trwał baaardzo długo. Texas jak już wyszedł z najgorszego wieku dorastania trochę uspokoił swoją głowę, ale w pewnym stopniu problem pozostał. Cały czas myślałam, aby nie wykonać jakiegoś dwuznacznego ruchu, zawsze najpierw złapanie psa, później wyjmowanie smyczy z torby. Najgorzej pozostało pod blokiem, spuszczałam go jedynie na boisku, aby zawołany nie wiedział, czy idziemy dalej, czy już wracamy. Najgorsze, że ciągle pracowałam, a efekty były znikome. A to już myślałam, że odwrażliwiłam smycz w ręce, a to mieliśmy piękny aport i nagle bum Texas wpada w rondo na którym jestem wysepką.
Kiedyś próbowałam ćwiczyć aport na lince, jeszcze za czasów najgorszej fazy Texasa (chyba 8 miesięcy). Niestety nic tym nie uzyskałam i to był jedyny, jednorazowy kontakt z tą pomocą szkoleniową. W końcu załamując ręce zapięłam dorosłego już Pana Texasa na linkę, czary mary, kilka spacerów i problem prysł jak za odjęciem czarodziejskiej różdżki. Czy to na prawdę było czary mary? Nie, pokazałam psu, że można inaczej i nic złego się nie dzieje. Mechanicznie przestawiłam mu w mózgu, bo sam nie był w stanie sobie tego poukładać. Zawsze problem leży w metodzie. Wydawało mi się, że przecież pies nie jest na tyle głupi, żeby nie wiedzieć, że jest na smyczy, tylko długiej... No właśnie, ale czy cały jego problem był logiczny? Nie był, dlatego trzeba było podziałać jak na tępaka, bo to była po prostu 'schiza'. Wiedział, że jest na smyczy i zaskoczył w nim nowy schemat działania.


28 czerwca 2015

Mali przyjaciele ;)

Raczej przyjaciółki, co chyba wynika z mojego niespełnionego możenia o psiej damie ;) Zawsze marzyłam o suczce, a mam już trzeciego pana i teraz mi to odpowiada. 
Powiększenie rodzinki było jednym z powodów ograniczenia czasu i wydatków na Texasa, więc myślę, że warto zahaczyć o ten temat na blogu.
Pierwszego szczura kupiłam we wrześniu ubiegłego roku. Życie z jednym psem było zbyt monotonne, w końcu problemów nigdy za wiele! Tak właśnie załatwiłam sobie ponad miesiąc ciągłych wizyt u weterynarza. Na prawdę nie polecam nabywania nic co żyje w sklepach zoologicznych, ale to już inny temat.

Ness
Jako, że jestem taka zła i wszystko wybieram tylko po kolorku, za co powinnam spłonąć w piekle - Ness miała być szarym husky ;) Po objechaniu całego miasta wybrałam spokojną, srebrną szczurzycę. 
Czy bałam się reakcji psa? Powiem szczerze, że była to rzecz najmniej przemyślana. Klatka i tak stała na wysokiej półce. Texas jedynie pierwszą noc powarkiwał przy hałasach i czasem się przyglądał. Aktualnie klatka stoi na podłodze i nadal nie ma problemu. Czasem można usłyszeń o borderach wgapiających się w różne zwierzątka, ale na szczęście u nas czegoś takiego nie ma.

Mięta & Kiwi

Miała dojść koleżanka dla Ness... doszły dwa potworki. Tym razem z fundacji Viva Gryzonie, prosto z Krakowa ;) 
Łączenie szczurzyc potrwało ponad tydzień, więc wliczając Texasową miałam 3 klatki w malutkim pokoju, ale chyba było warto. 
W planach były jakieś sztuczki, ale to jednak nie jest takie proste, chociaż Ness na nowo pokochała jedzenie w obliczu konkurencji. Mięta i Kiwi zajmują się głównie bieganiem i niszczeniem moich hamaków w klatce ;)
Texasowi nie pozwalam na zbyt bliski kontakt ze szczurami. Był czas, że ograniczyłam zakazy, ale jednak nie ufam mu do końca. To są zbyt delikatne zwierzątka, żeby pozwolić sobie na błąd. Tex może oglądać i wąchać dziewczyny tylko na moich rękach.


A wasze psy mają jakiś mniejszych przyjaciół? ;D

18 czerwca 2015

Co robimy jak nas nie ma


Przez jakiś czas udało mi się wrócić do regularnego blogowania, ale nie na długo. Pewnie wynikło to również z tego, że znowu mieliśmy przerwę/dołek/moją niechęć do życia, ale nigdy nie jest tak, że nie robimy nic.
U wszystkich początek sezonu, a u nas... Niestety dzienniczek o którym pisałam tutaj leży zakurzony od dłuższego czasu, a ja nie potrafię układać planów jedynie w głowie. Powiem szczerze, że znowu obraziłam się na obi i stwierdziłam, że zwyczajnie się poddaje. Powód jest jeden, nie potrafię nauczyć Texasa wysłania do kwadratu, a nawet samego targetu. Próbowałam do tego ćwiczenia podejść inną metodą, ale bez rezultatu. Po pierwsze Texas za bardzo się miota, a po drugie za nic nie chce biec przed siebie nie patrząc na mnie, jakby zupełnie nie wiedział o co chodzi. Targetować umie, jeśli stoję blisko, bardzo blisko. Próbuję odsuwać się stopniowo, ale w pewnym momencie jest jakaś magiczna bariera, gdzie tak jakby Texas nie był w stanie podjąć samodzielnego działania. Oczywiście miałam brać target codziennie, ale z nastawieniem, że i tak nic z tego nie będzie niestety nie wyszło. Jak już zapisane na blogu to teraz trzeba się przyłożyć i zrelacjonować postępy ;) Nadal jestem wkurzona, że ćwicząc tyle czasu obi nadal nie umiemy kwadratu, a umiemy chociażby aport kierunkowy, który przecież pojawia się klasę wyżej, ale czy to takie ważne? Wystarczyło, że włączyłam sobie filmik z treningu, gdzie robiliśmy same bardzo proste ćwiczenia i przypomniało mi się, że chodzi jedynie o radość z tej pracy i tyle :) Nie powiem, że wracamy do treningów i jest super, może czasem trzeba odpocząć (ja muszę zbyt często :|)

Na razie spacerujemy, chociaż Texas zdecydowanie woli używać mózgu, niż samych łap. Nawet po długim spacerze chciałby jeszcze coś robić. W bieganiu irytuje mnie totalny brak mojej kondycji, a Texas wcale mi nie pomaga, tylko raczej przeszkadza. Wolę jak jest luzem, niż na smyczy, bo dla niego ciągnięcie polega na zaciągnięciu mnie do parku, a później jest szarpanie na boki. Powoli zaczyna rozumieć komendy skrętu i ruszania, ale nie ogarnia, że nie powinien się co chwilę zatrzymywać. Dlatego jedynie chodzimy na pasie z amortyzatorem. W końcu zaczęłam używać endomondo, może jeszcze to zmobilizuje mnie do biegania (szczególnie licznik kalorii xd).

12 kwietnia 2015

Jestę pasterzę...


Etap gdy doszliśmy z Texasem do totalnego życiowego dołka był jeszcze za czasu, gdy trwała moja euforia ze spełnionego marzenia na które czekałam odkąd sięgam pamięcią, chyba jedynie to pozwoliło z niego wyjść, bo inaczej buda + łańcuch. Marzyłam również o szczeniaczku, malutkim, dwumiesięcznym papciu, bo ostatnio takiego miałam w wieku 3 lat, więc raczej nic nie pamiętam :P Już na tym etapie popełniłam pierwszy błąd - myślałam, że biorę "czystą kartkę". Niestety, stety szczeniak przede wszystkim ma już za sobą bardzo ważny okres rozwoju, ale również ma geny od rodziców, które nie warunkują jedynie merle futerka. Szkolenie pozytywne i te sprawy, wrażliwy borderek, bo tak piszą na necie i za jakiś czas zaczęło się sypać.
Texas na początku był takim wspaniałym pieskiem, na prawdę wszystko wydawało się idealne. Po kilku miesiącach zaczęło się ciągnięcie na smyczy, wydawało mi się, że jak już raz to zwalczyłam to u bordera nie będzie inaczej. Ups nawet coś takiego może podchodzić pod jakąś obsesyjność... Myślę, że jedną z przyczyn rozpoczęcia się problemu z samochodami było właśnie rosnące pobudzenie na spacerach, dodatkowo pierwszy pogoniony samochód był w czasie ograniczenia aktywności chyba przez moją chorobę, albo cięższy tydzień w szkole. Niestety wtedy nie wiedziałam co mam zrobić, ciągle bałam się awersji, bo przecież delikatna psychika, to nie terier... Nic nie szło w dobrym kierunku i już w tym momencie zaczynałam czuć bezsilność, a nie wiedziałam jak bardzo ją jeszcze odczuję ;) Doszło skakanie na ludzi, pasienie rowerów i również próby podszczypywania ludzi w kostki, na szczęście to ostatnie tylko, gdy Tex był luzem, czyli paradoksalnie pod największą kontrolą z mojej strony. Może oddać go gdzieś na farmę z owcami, czy może lepiej krowami, bo owce to tak kiepsko podszczypywać? Miało być pozytywnie tak? Smaczki, zabawki... yhym. No i gdzie na ulicy znikał ten mój wspaniały pieseł sportowy, gdzie jego całe wpatrzenie, zaangażowanie i chęć współpracy? Jeszcze niedawno miałam szczeniaczka, który chodził na oferowanym kontakcie przy dużej ulicy, jadł smaczki i czekał na szarpaczek. Popełniłam błąd, duży błąd, pozwoliłam psu popaść w obsesję, naczytałam się bzdur i pierwszy raz przejechałam na wiedzy z internetu. Z reguły wszystko oceniam i wybieram informacje, które uważam za słuszne, a wtedy coś mnie zaślepiło. Niestety pozytywne szkolenie skończyło się równie szybko jak się zaczęło, tylko wtedy miałam już psa bez kontaktu, więc niestety również awersja działała bardzo kiepsko. W pewnym momencie pozostał nam problem z ciągnięciem i rzucaniem się na samochody, czasem rowery, bo już tego pasieniem bym nie nazwała. Najechanie mocno na borderzą zeschizowaną psychikę rzeczywiście dawało efekt... po odejściu od źródła problemu, inaczej Texas wydawał się betonem, ale nim nigdy nie był, widziałam jak bardzo nerwy i stres psują naszą relację. Kupiłam kantarek. Nigdy nie używałam żadnych pomocy w pracy z psem, nawet jeśli było ciężko, odbierałam je raczej jako kapitulację właściciela i to chyba właśnie tym było. Nie byłam pewna czym mam przyzwyczajać psa do haltera, żeby go w żaden sposób na niego nie znieczulić. Texas zdecydował za mnie, niestety karmienie smaczkami w domu miało nikły wpływ na akceptację tego złego czegoś. Nasze spacery uległy takiej zmianie, że pies wisiał na obroży, przednimi łapami zdzierając pasek z nosa, a gdy nadjeżdżał samochód znowu włączał się dziki szał. Plątały mi się smycze, realnie bałam się o złamanie psu karku, Texas wił się jak krokodyl, albo strzelał do przodu. Porażka, poddałam się bardzo szybko. Okres bezsilności do kwadratu, pies miał już około pół roku, gdy nadjeżdżał samochód po prostu go przytrzymywałam, smycz, obroża oraz moje ręce również mają swoją wytrzymałość, lepiej nie ryzykować, szczególnie, że raz już Texowi obroża spadła, na szczęście przy rowerze za którym nie pobiegł. Trwaliśmy w amoku, wychodząc kierowałam się tylko w jedną stronę - pola, przejście przez osiedle było zbyt męczące, stresujące i żałosne. Tak się nie dało czekać na zbawienie do śmierci... tym razem kolczatka. Nigdy w swoim życiu nie chciałam używać kolcy, no nie podobały mi się. To był etap w którym po prostu zaczęła się jakakolwiek praca z Texasem. Nie było czarodziejskiej różdżki, tylko długi proces.
Piszę to, żeby może ktoś się zaśmiał z mojej nieudolności, może zobaczył, że border nie zawsze oznacza bajkę, chociaż to jest powtarzane do zrzygania i równie dobrze mógł mi się trafić felerny egzemplarz labradora, a raczej żeby to przeczytać za parę lat jak będę chciała sprowadzić sobie na głowę drugiego bordera :P Praca i życie codzienne to dla mnie inne światy, u nas pewne rzeczy po prostu nijak się nie przekładają, ale trudność w panowaniu nad emocjami jest wszędzie. Wiem doskonale, że mogłabym mieć lepszą relację z Texasem oraz mogłabym być lepszym panem i władcą, ale widzę również że kiepsko przekładam teorię na praktykę.


Nie martwcie się, nie ma u nas już śniegu :P

28 marca 2015

Post o wszystkim


Myślałam, że jak zimę przetrwałam w zdrowiu to już mnie nic nie dopadnie i... właśnie leżę chora. Naszła mnie potrzeba odwiedzenia bloga, więc piszę i jeszcze nie mam pomysłu co chcę napisać. Texas nie robi nic, odpuściłam nawet zmiany pozycji, strach się bać do nich później wrócić. Cieszę się, że Texas w domu zachowuje się jak jakiś spasły mops (bez urazy oczywiście, mopsy są fajne :P), po prostu czasem zdarza mu się chrapać i ogólnie nie narzeka.

Zamówiłam piłkę Chuckit, mam nadzieję, że będzie na prawdę dobra jak jest opisywana, a nie jedynie ładna. Moje ulubione piłeczki trixie niestety zbyt często tracą sznurek. Mam również straszną ochotę przetestować futerka na amortyzatorach, bo wszędzie je widzę, ale jakoś nie ufam trwałości :P


W czwartek, gdy czułam się fatalnie mimo wszystko poleciałam jak na skrzydłach na trening, niestety skrzydła podciął mi duszny, przepełniony autobus w którym szybko zakręciło mi się w głowie, ale jakoś przetrwałam, a na placu już czułam się okej, tam martwię się Texaskiem, a nie sobą. Być może w przyszłym tygodniu będę miała fotorelacje, na razie mogę powiedzieć, że Texas już nie boi się klinu, więc nie pracujemy na puszku, boi się bicza i nadal kontakt fizyczny wywiera na nim dużą presję i nie zawsze jest w stanie ją wytrzymać. Muszę skupić się na znieczuleniu Texasowi hałasu, niestety jeżdżąc mpk na placu nie mam dla niego żadnego miejsca na odpoczynek, mogę jedynie odchodzić na pola. Czasem jest lepiej, czasem Tex wpada w dość duży stres, smaczki pozwalają odwrócić jego uwagę, ale nie do końca, zabawka działa dużo lepiej, ale nie chce go zamęczać ciągłą zabawą, bo i tak z placu wraca totalnie wyprany psychicznie, a przy pracy z pozorantem powinien dawać z siebie 200% bo inaczej wiem, że każda nałożona na niego presja będzie działała ze zdwojoną siłą.

W tym tygodniu wypadną nam tropy, ale odkąd zaczęliśmy jeździłam w każdy weekend na pola. Być może powinnam częściej, bo Texas przestał wąchać, a wyglądało to raczej jak bieganie i szukanie zabawki. Takim sposobem nasze śladu urozmaiciły się o smaczki, więc powiem szczerze, że teraz bardziej przypomina to dziki ślad sportowy. Oczywiście jako zabawa szukanie nie musi przybierać, żadnej konkretnej formy, ważne żeby pies używał nosa i zwracał uwagę na trasę, a nie chodził w kółko.


13 października 2013

Sierpień, wrzesień itd.

Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda, nawet osoby najbardziej gorliwie dopominające się o nowy post ostatnio dały za wygraną ;) Nie będę obiecywać poprawy w blogowaniu, zobaczymy jak to dalej wyjdzie. Wprawdzie tematy bym znalazła, ale moje poglądy są z reguły dość specyficzne, więc może lepiej zachować je dla siebie. Postaram się mniej więcej streścić co się u nas działo. Tak długo nie pisałam, że nie wiem od czego zacząć...
Sierpień rozpoczęliśmy od krótkiego wyjazdu do Trójmiasta.
Po nocy w pociągu:

Podczas bezskutecznego szukania noclegu xd

Texas cały dzień łażenia po Gdańsku zniósł ładnie, ale późnym popołudniem stwierdził, że zdecydowanie chce wracać do domu. Jego uwaga koncentrowała się na każdym przechodzącym piesku, tudzież kotku, zdecydowanie wolałby pobiegać po parku niż chodzić w tłumie ludzi. Pierwsza noc w nowym miejscu nie sprawiła żadnego problemu, zapewne również dlatego, że sił na psoty już zabrakło. Wyjazd udało zaplanować się tak, aby wpaść na DCDC Sopot. Nie spędziliśmy całego dnia na zawodach, ale udało mi się obejrzeć kilka występów. Niestety fotek nie robiłam - przez przeprowadzkę zapomniałam obiektywu. Jednak zdecydowanie największą atrakcją było morze. Texas był totalnie oczarowany wodą i falami, zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością. Łapiąc fale najadł się wody, którą później zwymiotował... Ostatecznie musiałam go wyłowić, inaczej zostalibyśmy na plaży do rana.




Wakacje zakończyliśmy wyjazdem do Annówki! Bardzo pozytywnie wspominam treningi, szczególnie agility. Pojechaliśmy z minus zerowymi umiejętnościami, Texas nawet nie bardzo rozumiał, że przez tyczkę się skacze, a ja nie miałam zapału do tego sportu. Przed wyjazdem pojechałam na jeden trening i szczerze byłam załamana naszą pracą. Natomiast po tych 5 dniach biegaliśmy już proste sekwencje. W ostatni dzień na 'zawodach' w pierwszym biegu zajęliśmy 3 miejsce, w drugim już gorzej, bo pomyliłam banalny torek, a Tex nie wysłał się do tunelu ;) Wprawdzie po obozie agility już nie ćwiczyliśmy, ale może jeszcze kiedyś się w to pobawimy. Dowiedziałam się, czy może raczej skojarzyłam to z instynktem pasterskim, że Tex uwielbia outruny, zarówno na agi jak i frisbee. Na torku jest psem, którego czasem wywala w przestrzeń i nie trzyma się blisko mnie, ale mimo to stara się zwracać uwagę na to co pokazuje. Brakuje nam zgrania, ale zważając na to, że nie trenujemy agility to jestem bardzo dumna z tego co Texas pokazał na treningach. Z Brooklynem biegało się dużo łatwiej i lepiej się rozumieliśmy, ale to psia niewymuszona motywacja i zaangażowanie daje pełną radość z ćwiczeń. Zajęcia z frisbee jedynie wzmocniły nam podstawy, a ja podpatrzyłam bardziej zaawansowane osoby. Zrobiliśmy wstęp do around the world, ale nadal trzeba nad tym pracować. 







fot. Roxana Langner

Ogólnie w wakacje popsuła się nasza praca oraz trochę relacja. Texas w końcu zaczął naprawdę zmieniać się z wrażliwego szczeniaka w pewnego siebie (no prawie ;)) psa. Przeszliśmy trochę testowania na ile można sobie pozwolić i kto pierwszy odpuści, ale w pracy pomógł nam obóz, a w ogólnym zachowaniu cierpliwość. Aktualnie próbujemy dojść do stanu obi jaki osiągnęliśmy wiosną i chyba powoli nam to wychodzi. Pracujemy nad aportem, ciągle problemem jest siedzenie z koziołkiem, nie mówiąc już o dostawieniu do nogi. Będzie co robić w deszczowe wieczory. W przyszłym tygodniu zaczynamy treningi BH i może wiosną spróbujemy to zdać, a ja cały czas rozmyślam nad sensem robienia z młodym IPO ;)

23 lipca 2013

Wodowanie

Texas nie był fanem zabaw wodnych. Ta woda taka mokra, zimna, jednak w końcu coś mu się przestawiło i teraz nie ma możliwości, aby przejść obok stawu nie zamaczając chociaż łapek. Pierwsze pływackie poczynania były dość dramatyczne. W pewnej chwili myślałam, że będę musiała rzucić się na ratunek, gdy Tex miał tyłek wyżej niż głowę, ale młody szybko ogarną temat. Na razie nie odważę się rzucić mu zabawki, gdyż niejednokrotnie zamiast patyka dostawałam glony.
Wbrew pozorom w mieście mamy więcej okazji do wodowania aniżeli w starym domu. Aczkolwiek wędkarze są wszędzie i niedawno zostałam przegoniona tekstem, żebym psa kąpała w wannie, bo tu biegają dzieci, tylko ciekawe co ma jedno do drugiego :)
Brooklyn do wody nigdy się nie przekonał, szczurek jedynie brodzi uważając, aby za mocno nie pomoczyć brzuszka. Kiedyś wrzuciłam go do morza, okazało się, że umie pływać - prosto do brzegu!





11 lipca 2013

Border w bloku

Po zakończeniu roku szkolnego, spakowaliśmy się, wsiedliśmy do samochodu i przybyliśmy do samego centrum Łodzi! Dostałam się do całkiem fajnego liceum i spędzimy tu przynajmniej następne trzy lata. Z domu na przedmieściach małego miasta, przenieśliśmy się do wieżowca w samym centrum. Wcale nie uważam, żeby działa się nam krzywda, wręcz przeciwnie. Pierwszym plusem jest sporo miejsca pod blokiem oraz boisko, gdzie pies może pobiegać, gdy rano nie ma czasu na wyprawę do parku. Muszę też wspomnieć, że nie narzekam na zachowanie ludzi, a psów jest na prawdę wiele. Prawie wszyscy sprzątają psie koopki, a jest to ważne na tak małym obszarze. Większość ludzi panuje nad swoimi psami i nie trzeba się oglądać, czy z za rogu nie wyskoczy wściekła bestia, no może poza tratującymi Texasa buldożkami ;) W naszym bloku znajduje się przychodnia weterynaryjna, którą już odwiedziłam i pewnie będziemy do niej chodzić w razie potrzeby. W okolicy mamy dwa niemałe parki i dojazd spod domu do innych. To były jednak aspekty okolicy, a co z samym mieszkaniem? Myślę, że Texas nie narzeka, a wrażeń na spacerach ma z pewnością więcej niż kiedyś. Po 3 godzinach w parku śpi jak zabity do wieczora. Wprawdzie jak zacznie się  rok szkolny to czasu będzie niekiedy bardzo mało, ale myślę, że nie stworzy to znacznego problemu. Tex w domu zachowuje się naprawdę fajnie i potrafi zająć się sobą. Jest tyle sztuczek do klikania, detali w obi, samokontroli, że na pewno nie będziemy się nudzić. Przyzwyczajenie się do windy zajęło mu trochę czasu, jednak teraz, gdy czuje się w niej już pewnie trzeba popracować nad panowaniem nad emocjami podczas wychodzenia na spacer ;) Sierść jest wszędzie, zresztą tak jak i w domu, jednak tu z pomocą przychodzi furminator i da się to w miarę opanować.
Ale w mieście są również samochody. No cóż pewnie jeszcze trochę czasu minie zanim zaufam psu w 100%, bo to jest dość śmiercionośna obsesja. Nadal czasem, lecz już bardzo czasem i chodzi szczególnie o pojedyncze auta na pobocznych drogach, zdarza mu się zainteresować samochodem, ale jest to do opanowania i wygląda zupełnie inaczej, niż na początku. Przejście ulicą nie jest już męczące, ani stresujące jak kiedyś. Texas potrafi patrzeć na samochody i się nie nakręcać, a mam tu szczególnie na myśli stanie na światłach. Przełomem było zdecydowanie się na użycie kolczatki, a i tak zbyt długo z tym czekałam. Nie zapomnę reakcji sprzedawczyni, gdy kupowałam kolce i kaganiec tej grzecznej suni xd Teraz Tex chodzi w obroży, był czas, że nosiłam kolczatkę w torbie, na wypadek jakiejś shizy, ale teraz już nie jest to potrzebne. Natomiast zupełnie przestał reagować na rowery, a to jest szczególnie ważne, bo w parkach jest ich pełno. Texas nie jest fanem podróżowania komunikacją miejską, jakby nie patrzeć jest to moja wina, jako szczeniak rzadko widywał takie pojazdy. Jednak poza stresem, szczególnie w tłoku, nie robi paniki. 
Ogólnie to jestem oblegana przez właścicieli huskych, ten mój taki trochę skundlony i nawet ma kropki, ale co tam ^^
Niestety zostaliśmy sami. Brooklyn nie jest w stanie przystosować się do nowych warunków. Wiara w to, że nie będzie szczekał przez 8h jak wyjdę do szkoły jest niestety naiwna. Poza tym na tak małym metrażu ciągle przeszkadza mu Texas, a to usiądzie za blisko karmy, za dużo chodzi, za głośno oddycha i niestety Brook warczy, atakuje... Ale nie przywiązałam go do drzewa w lesie ;) Mieszka z moim tatą w domu i myślę, że jest tam szczęśliwy i w końcu zupełnie sam, a to chyba było jego pragnieniem życiowym.





30 listopada 2012

Jesiennie

W poprzedni weekend byłam w Łodzi, mam dużo zdjęć, za dużo żeby ogarnąć je przez tydzień :P Pogoda była dość ponura, więc i foty nie wyszły najlepsze. Ja chcę nowy obiektyw!

Uwielbiam to zdjęcie ;D

Spotkaliśmy się z Martą i Santą. Texas bardziej niż czymkolwiek był pochłonięty łapaniem liści. Muszę go pochwalić, bo odwoływał się od ludzi i psów, nie zaatakował żadnego roweru (!), jak coś od niego chciałam skupiał się bez problemu i ogólnie było dobrze. Nasze spacery odbywają się raczej w samotności, dlatego nie byłam do końca pewna jak się zachowa. Nie pasł samochodów i nie wyłączał się na sam ich dźwięk, a szliśmy przy dużej ulicy, aczkolwiek była to raczej reakcja na nowe miejsce.


Po spacerze przespał całe popołudnie, nie zamykany w klatce. Aż się zaczęłam bać, że zachorował xd Wylatał się młody za tymi liśćmi, ale nie pomyślałabym, że dobrowolnie pójdzie spać.


Następnego dnia droga przez centrum do parku była istną masakrą. Musiałam prowadzić psa na krótkiej smyczy, co jest nie do ogarnięcia bez samochodów, więc pół drogi Texas szedł na dwóch łapach... Żadne szarpanie, stawanie w miejscu, zawracanie nie działa, młody pruje do przodu i koniec. Oczywiście pomijając ciągnięcie na smyczy Tex rzucał się na samochody, każdy(!), a szliśmy przy czteropasmówce... Jedyny plus był taki, że ludzie widząc Texa schodzili mi z drogi, a nie tak jak w moim (nie)kochanym mieście wchodzili prosto na mnie. Gdy doszliśmy do parku byłam kompletnie wyczerpana psychicznie, szarpanie się z psem w środku miasta jest na prawdę stresujące. W parku wszystko pięknie, ładnie, piłeczkowanie, liście, zlewanie ludzi i piesków, świetne skupienie na pracy. Na drogę powrotną założyłam potworowi kantarek, już sama jego obecność powoduje, że Tex trochę, ale tylko trochę się ogarnia, więc jakoś udało się przejść przez miasto.


10 listopada 2012

Nic ciekawego

Dość długo nie pisałam, właściwie to nie ma o czym. Żyjemy sobie.
Powstał taki oto FILMIK

Nagle uświadomiłam sobie, że Texowa klatka jest już za mała i muszę szybko kupić nową, a jestem kompletnie niezdecydowana na rozmiar... W ogóle mój 5 miesięczny szczeniak według moich pomiarów ma już 50cm i waży 14kg, a przecież jest taki mały.

Od czasu do czasu pojawiamy się na treningach agility. Nie planuję zajmować się tym na poważnie, ale stwierdziłam, że pobawić się można (już za młodym nie nadążam, to nie dla mnie xd). Bardzo sporadycznie bawimy się frisbee, na razie tylko szarpanie, roller, łapanie z ręki. A nasz główny sport zatrzymał się na poziomie dostawiania do nogi, bo Tex koniecznie chce calutki przykleić się do mnie, więc paskudnie zawija tyłkiem. Mam w planach zmiany pozycji, ale moje plany to zawsze odległa przyszłość. Chciałabym już zacząć równanie, ale kurczę nie daruje tego dostawiania, musi być idealnie to pójdziemy dalej. Teraz troszkę się poprawiło, ale jeszcze nie zawsze Tex ładnie się dostawia.

Texasowi zaczęły wypadać zęby. Przedwczoraj młody zrobił swojego pierwszego flipa, (bo ja nie potrafię normalnie rzucić szarpaka trzymając telefon) przy czym wypadł mu ząb. Myślałam, że psa zabiłam widząc krew na języku, ale akrobacja wyszła poprawnie i szybko się zorientowałam, że zęba nie ma. A z zamierzonych wygibasów to próbowałam z młodym zrobić overa, ale pomimo świetnych właściwości lotnych i starań mojego szczyla nie potrafiłam mu normalnie rzucić piłki, ani szarpaka. Już widzę frisbee w moich rękach xd No, a poza tym to dalej męczymy się z samochodami.

A u Brooklyna nic nowego, przesypia większość dnia i jest bardzo zniesmaczony kiedy przed północą idę z Texem na dwór, bo przecież spać to się idzie o 18 :) Ciągle pracujemy nad aportem formalnym, może do wiosny coś z tego wyjdzie. Grunt, że aport w sensie przynoszenia koziołka do mnie Brook ma odruchowy, bo jakbym jeszcze musiała walczyć, żeby pies w ogóle chciał do mnie z tym podejść to bym się chyba już poddała.




Zdjęcie nie najnowsze. Ostatnio przez kilka dni młody miał sklejone uszy i przez kilka dni po rozklejeniu miał radary, ale obecnie znowu wygląda jak na zdjęciach.

2 października 2012

Spacerki

Niezwykle inteligentne pieski

Nasze spacery ostatnio kolorowe nie są, mogę zapomnieć o tym, żeby dojść do jakiegoś pola, spuścić psy i mieć spokój. Brook ma mnie w szerokim poważaniu, a Texas robi za futerkowy odkurzacz. No, ale od początku. Problem zaczyna się już przy wyjściu, pieski nakręcone, Texas gryzie, Brook biega, a na koniec się jeszcze pogryzą, gdy Texas prezentując swą piękną technikę skoku do smyczy, którą mam w ręku pięknie wyląduje czterema łapkami na Brooku. Na ulice pieski wypadają jak burza, pół biedy jeśli akurat nikt nie przechodzi. Jak już uda nam się wyjść z domu bez ofiar w ludziach i zwierzętach, zaczyna się kolejny problem... samochody, rowery! No przecież Texasek musi je zagonić. Szczeniak zrobił się już całkiem ciężki, więc jak szarpnie to dość solidnie, na dodatek on sobie na tej smyczy lata. A przecież ludzie są tacy fajni, na każdego trzeba radośnie skoczyć. Po drodze możemy jeszcze spotkać airedale terriera z naszego osiedla, którego Brook darzy szczerą nienawiścią. A wtedy w jednej chwili Texas leży powalony i jest ze mną oplątany smyczą, a Brook drze się i szarpie na wszystkie strony... A więc jak w końcu dojdziemy do celu biedny Brook zostaje przywiązany do drzewa i drze jape, aż go nie odwiążę. Natomiast Texas odpięcie smyczy już skojarzył z pracą, więc włazi mi pod nogi i zapomina o swojej życiowej pasji jaką jest jedzenie śmieci. Gdy tylko skończę ćwiczyć z młodym natychmiast zapinam go na smycz, ażeby nie znalazł jakiejś smacznej kupy lub innego świństwa. Bierzemy Brooka no i droga powrotna...
Oto nasz codzienny spacerek ze wszystkimi bajerami :]

No i zdjęcia z czasów kiedy jeszcze psy spuszczałam ze smyczy.